Niezwykły Ladakh



W fotografiach z podróży najtrudniej uchwycić codzienność. Udało się to Mariuszowi Jachimczukowi. Jego wystawę Ladakh – Kraina Wysokich Przełęczy Zobaczysz w Muzeum Azji i Pacyfiku w Warszawie.



Im więcej w podróży planowania i rezerwacji, tym mniej miejsca pozostawiamy przypadkowi. A to właśnie z przypadku najczęściej bierze swój początek przygoda! Mariusz Jachimczuk podczas swojej zeszłorocznej wyprawy do indyjskiego Ladakhu obrał kierunek na przygodę i przeżywał ją z aparatem w ręku. Efektem tej wyprawy jest wystawa  Ladakh – Kraina Wysokich Przełęczy w Muzeum Azji i Pacyfiku w Warszawie. Mariusz na swoich fotografiach uchwycił codzienne życie mieszkańców, ich zwyczaje i krajobrazy.

Codzienność
Podróż jest stanem poza czasem i przestrzenią. Stanem, w którym wszystko się może wydarzyć, o ile zanurzysz się w otaczającym świecie i otworzysz na przypadkowe spotkania, czy zdarzenia. Nie każdy jednak ma na to odwagę. Szczególnie w tak odmiennych kulturowo rejonach jak Ladakh.
– Większość turystów zwiedza Ladakh korzystając z usług agencji turystycznych, które zapewniają wszystko – przewodników, jedzenie i namioty – tłumaczy Mariusz. W ten sposób w zamian za względny komfort i bezpieczeństwo traci się często sposobność, by doświadczyć zwykłego, lokalnego życia.
Mariusz podczas swojej wyprawy zostawił bardzo dużo miejsca przypadkowi.
– Nie rezerwowaliśmy wycieczki z biurem – wyjaśnia. – Zamiast w namiocie stawianym przez opiekunów grupy, postanowiliśmy spać w domach u napotkanych po drodze ludzi.
– Chętnie zapraszali?
– Tak. Dzięki temu mogliśmy być bliżej ludzi, zobaczyć jak żyją.
Mariusz bowiem postanowił fotografować ludzi, buddyzm i oczywiście wysokogórskie krajobrazy.


Święta
W całej podróży zaplanowany był tylko termin, czyli lipiec.
– Dobrałem go tak, by zobaczyć jeden z największych festiwali Ladakhu w klasztorze w Hemis – mówi Mariusz Jachimczuk. – Konkretnie zależało mi na sfotografowaniu tamtejszego tańca masek.
Festiwal odbywa się w rocznicę narodzin mnicha Padmasambhavy – założyciela buddyzmu tybetańskiego. Tego typu taniec odgrywany jest tylko w klasztorach, w których praktykuje się buddyzm tantryczny. Dla mariusza okazał się jednym z największych fotograficznych wyzwań z jakimi musiał się zmierzyć podczas wyjazdu.
okazał się jednym z największych fotograficznych wyzwań podczas tej wyprawy.
– Trudno mi było uchwycić pełne dynamiki ruchy tańczących mnichów – wspomina. Na szczeście kilka zdjęć się udało!
Kadr często psuli mu również turyści. Do Hemis Gompa przybyło ich naprawdę wielu. W przerwie między występami mogli skosztować herbaty tybetańską. Swój dziwny smak zawdzięcza lokalnemu dodatkowi – słonemu masłu z mleka jaków.
– Pamiętam, kiedy pierwszy raz jej skosztowałem. To była magiczna chwila – wspomina Mariusz. Tym razem jednak ograniczył się do utrwalenia tego przysmaku na fotografii!

Mandale
Jeszcze do niedawna większość festiwali w Ladakhu organizowano w zimie, kiedy Ladakh jest odcięty od świata.
– Odkąd jednak zaczęli masowo przybywać turyści, mnisi zaczęli przenosić daty swoich świąt na lato – tłumaczy Mariusz. – Dzięki temu wędrując po górskich szlakach turyści mają szansę trafić na uroczystości w innych klasztorach.
Tak też się stało kilka dni później.
– W jednym z klasztorów, przez przypadek, trafiliśmy na szósty dzień sypania mandal – wspomina Mariusz. – Nie jest to łatwe zadanie. Trzeba być bardzo skoncentrowanym, by podczas sypania nie zdmuchnąć fragmentu wzoru. Jest to zatem również forma medytacji. – dodaje.
Praktycznie gotowe już dzieło zobaczymy na zdjęciach Mariusza. Aż trudno uwierzyć, że kilka dni później została... zniszona!
– Na znak, że nic nie jest wieczne na tym świecie...

Ludzie
Ladakh od tysięcy lat stanowi tygiel kulturowy. Osiedlały się tu ludy o odmiennych religiach, kulturach i językach. Te różnice odzwierciedlają również fryzury, stroje czy biżuteria. Niestety, tradycyjne ubiory ustępują miejsca t-shirtom i dżinsowym spodniom. Coraz częściej stroje etniczne wkładają na specjalne okazje, takie jak festiwal w Hemis Gompa.
– W tłumie pielgrzymów próbowałem wyłowić choć jedną kobietę w „Tarak Perak”. Jest to typowe dla Tybetańczyków nakrycie głowy wyszywane pół szlachetnymi i szlachetnymi kamieniami – wspomina Mariusz.
– Udało ci się?
– Nie. Ale później podczas trekingu, w jednym z domów, które odwiedziłem, pewna kobieta okazała mi to nakrycie. Niestety nie pozwoliła się sfotografować.
Na szczęście kilka dni później inna kobieta również miała tarak perak i pozwoliła sobie zrobic zdjęcie.
– Zobaczę je na wystawie?
– Zobaczysz.

Magia
Sporo czasu Mariusz spędził wśród ludu Brokpa. Od sąsiadów wyróżniają się jasną karnacją, europejskimi rysami twarzy, dość często też zdarzają się wśród nich ludzie o zielonych oczach. Jeszcze do niedawna sądzono, że Brokpa przybyli do Ladakhu z Aleksandrem Macedońskim, jednak niedawno przeprowadzone badania genetyczne rozwiały przypuszczenia.
Mariusz spędził wśród nich kilka dni.
– Widziałem jak żyją, jak ich wioska zasypia i budzi się ze snu.
– Niby tylko codzienność.
– Ale magiczna.
Tę magię, uchwyconą na fotografiach Mariusza Jachimczuka zobaczysz do 26 czerwca w Muzeum Azji i Pacyfiku






Share on Google Plus

About Dorota Chojnowska

Dorota Chojnowska - Dziennikarka, antropolog kultury i włóczykij. Odkąd zbudowała bambusowy rower, nie wyobraża sobie podróżowania "na piechotę".

0 komentarze :

Prześlij komentarz