Ideologie do bani


My, Europejczycy jesteśmy mistrzami w dodawaniu ideologii rzeczom powszednim jak chleb w innych częściach świata. W ten sposób bania, łaźnia czy hammam urosły do rangi metafizycznego rytuału i sprzedają się za wyimaginowaną cenę.



Jesteśmy mistrzami od marketingu. Potrafimy najbardziej codzienną rzecz obudować ideologią, następnie opakować w różowy papierek i sprzedać za kilkakrotnie wyższą cenę. Tak się dzieje z hammamami. Wystarczy poszczególnym zabiegom dodać uduchowione nazwy i już można je sprzedawać w komplecie z kosmetykami.

Hammam

Co jakiś czas trafiam na artykuły o hammamie. Czytam o odbywających się tam rytuałach oczyszczenia ciała i duszy. Teksty zgrabnie prowadzą mnie przez niuanse kolejnych zabiegów i towarzyszących im kosmetyków. Przy czym każde mydło, każdy olejek, balsam, pumeks czy krem jest podlinkowany do konkretnego sklepu internetowego i kosztują fortunę. Podobnie same zabiegi. Nie zrażam się tym i brnę w gąszcz uduchowionych słów. Jednak z każdą chwilą coraz mocniej zaczynam wątpić we własne wspomnienia. Czy to miejsce w Damaszku, w którym zażywałam kąpieli było w takim razie prawdziwym hammamem?
Na pozór wszystko się zgadza. Łaźnia składała się z trzech pomieszczeń, bez wątpienia musiała być stara. Liczyła sobie co najmniej 400 wiosen. Ale czy wiek i położenie geograficzne gwarantuje, że była tradycyjna?
Wejdźmy do pierwszego pomieszczenia. Jest okrągłe, przykryte kopułą, wyściełane dywanami. Ale nigdzie nie paliły się pachnące świeczki, w wazonach nie stały kwiaty, a w tle nie grała muzyka relaksacyjna lecz Amr Diab.
– Rozbieraj się – na migi mówi opiekunka hammamu.
– Tu? – pytam, też na migi.
Gesty, które za chwile usłyszałam nie pozostawiły wątpliwości. Mam się rozebrać tu i teraz i nie robić cyrków, bo tylko się ośmieszę przed i tak wesołymi arabkami, które właśnie tu idą z gromadą swoich dzieci. Ufff. Język ciała jest naprawdę bogaty!
Rzeczywiście. Za chwilę weszły kobiety. Ledwie przekroczyły próg, zaczęły ściągać z siebie kolejne części garderoby. Na ziemi lądują chusty, płaszcze, galabije, biustonosze, majtki... Kiedy wszystko, co mogło zostało rzucone, kobiety odpaliły pierwszego papierosa. Od pierwszego papierosa odpaliły drugiego, a następnie trzeciego i tak dalej. Nie ważne, że większość z nich była w zaawansowanej ciąży. Gdy jednak ręka permanentnie zajęta była podtrzymywaniem papierosa, druga rozpaliła gazowy kaloryfer na którym za chwile położy masę cukrową do depilacji i chlebek do chrupania.
Większość kobiet ma w domu łazienki. Jednak wciąż przychodzą do hammamu, żeby poplotkować, spotkać się w szerszym gronie i milo spędzić kilka godzin dnia. W intymnej atmosferze hammamu zacieśniają się łączące je więzi. W nagości, która niczego nie ukryje. Jest szczera do bólu i prawdziwa.
Wtedy, w damasceńskim hammamie zrozumiałam, jak ważne w naszym życiu są działania stadne. Cywilizacja pozwala nam na luksus indywidualizmu. Możemy mieszkać z dala od rodziny i krewnych. Nie musimy znać sąsiada, stać nas na przejazdy samochodem, zamiast miejskim transportem. A kiedy idziemy do europejskiego hammamu w jakimś luksusowym ośrodku, oferuje się nam salę wyłożoną stylizowanymi kafelkami, w której za spore pieniądze jesteśmy sam na sam z masażystką. Nie ma tu interakcji, nie ma zabawy, nie ma wymiany plotek. Jest za to czysta odnowa ciała i duszy do dźwięków muzyki relaksacyjnej.

Bania

– Wieczorem idę z koleżankami z pracy do bani, dołączysz? – Natasha z Petersburga do łaźni chodzi raz w tygodniu.
– Jasne! Co mam zabrać ze sobą? – odpowiadam.
– Klapki, bo kosmetyków na pewno nie masz.
Jak to nie mam! Uniosłam się dumą i do woreczka zabrałam mój szampon i żel pod prysznic w jednym. Dopiero na miejscu zrozumiałam brutalną prawdę. Rosjanki do bani przynoszą specyfiki intensywnie pachnące Syberią. Mój kosmetyk o zapachu truskawki z bitą śmietaną żadną miarą nie wpisywał się w tę poetykę.
Budynek bani liczy sobie cztery piętra – pierwsze dla mężczyzn, drugie dla kobiet, trzecie de lux, a na czwartym mieści się siłownia.
Kupiłyśmy bilet na drugie piętro, czyli do wspólnej bani, ale z własną szatnią. Szatnia tak naprawdę wyglądała jak pokój z fotelami i kanapą na które rzuciliśmy swoje ubrania. Owinięte prześcieradłem poszłyśmy do pomieszczenia, gdzie kobiety od nastolatek do staruszek nakładały na siebie peelingi, maski. Wtedy zdałam sobie sprawę, że po raz pierwszy w życiu zobaczyłam starość. Taka zwyczajną, od której odseparowały mnie filmy. Od której oddzielił mnie marketingowy mur reklam kosmetycznych eliksirów młodości. Tę starość, którą podświadomie wyparłam z głowy. Ale przecież ona prędzej czy później nadejdzie. I jak się z nią pogodzę?
– Nie myśl tyle i nie gap się na ludzi! – mówiąc to Natasha nałożyła mi na głowę filcową czapę z czerwoną gwiazdą na przodzie.
– Po co mi to?
– Idziemy do bani i filc ochroni twoje włosy.
Nago, ale w czapach usadowiłyśmy się na drewnianych ławach. W pozycji zen kontemplowałyśmy każdą, spływająca po nas kroplę potu. Ani ja, ani Natasza, ani jej przyjaciółki nie wydałyśmy z siebie jednego słowa. Za to po wyjściu, we wspólnym pomieszczeniu, kiedy nawzajem nakładałyśmy sobie peeling na plecy rozmowy same się układały. Na każdy temat, bez sekretów. To był wspaniały babski wieczór pod pretekstem spa!

Łaźnia siarkowa

W Tbilisi każdy znajdzie dla siebie łaźnie. Ich kopuły piętrzą się w samym centrum miasta. Cena za wstęp zależy od luksusu. Do łaźni publicznej weszłam za kilka lari. W ogólnej szatni zostawiłam ubrania i przeszłam do głównej sali. Nie było tam żadnych wygód. Ze ściany wystawało kilka pryszniców, kilka kobiet moczyło się w basenie z gorącą siarkową wodą, a mnie położono na specjalnej leżance, bo wykupiłam opcję: „masaż z peelingiem”. Masaż z peelingiem polegał na szorowaniu specjalną rękawicą, a następnie spłukaniem ciała wodą z wiadra.
Nieco droższą opcję stanowią prywatne banie. Wówczas płaci się za pomieszczenie. Jego cena przeważnie waha się od 40 do 120 lari. W pomieszczeniu jest basen wypełniony gorącą wodą siarkową, może być też sauna. Dodatkowo za 10-15 lari można dokupić masaż z peelingiem. Zabieg niczym się nie rożni od tego z łaźni publicznej. Nawet ceną. Po godzinie czuję się jak nowonarodzona. Dlatego ile razy jestem w Tbilisi, zawsze idę do bani. Wchodzę do basenu z gorąca wodą. Rozciągam się i cieszę tym stanem relaksu. Tak po prostu. Bez żadnej ideologii!

Hammam z Aleppo - wersja turystyczna.


Mydła z Aleppo używane w hammamach.

Mydła z Aleppo


Stoisko z mydłami przed wejściem do hammamu w Damaszku

Dział z akcesoriami do bani w supermarkecie w Astrachaniu.

Dzielnica Łaźni w Tbilisi.

Share on Google Plus

About Dorota Chojnowska

Dorota Chojnowska - Dziennikarka, antropolog kultury i włóczykij. Odkąd zbudowała bambusowy rower, nie wyobraża sobie podróżowania "na piechotę".

1 komentarze :

  1. Powiem tak...
    Nigdy nie myślałem o bani jako o czymś nadzwyczajnym a wręcz miałem wrażenie że to zbyt pospolite jak dla mnie... do momentu póki drugi raz ( bo pierwszy to niewypał) nie poszedlem z kolegą ktory znał zasady i umiał z tego korzystać.
    Teraz wierzę w cudowne właściwosci bani.
    Oczywiście masz sporo racji ale tak jak to w życiu bywa do wszystkiego możemy sie odnieść w podobny sposób...weźmy seks naprzykład...
    Sporo ludzi traktuje seks jako coś wspaniałego i relaksacyjnego ale jest też (mam nadzieje że wąska) grupa ludzi którzy robią to machinalnie i nie odczuwają przy tym żadnej jedności z Bogiem...poprostu kilkanaście ruchów i po sprawie...

    OdpowiedzUsuń