Co zapakować w podróż – gadżety nieoczywiste


Jest wiele nieoczywistych gadżetów, które ułatwią życie w podróży.



Za kilka godzin wylatuję do Gruzji. Zaczęłam zatem robić listę rzeczy, które muszę zapakować do plecaka i... pomyślałam, że to dobry temat na tekst. Każdy wie, że na treking trzeba zabrać odpowiednie ubranie i buty. Ale jest jeszcze cała masa gadżetów i przedmiotów znacznie mniej oczywistych, które pomogą w podroży. Nie tylko w sensie technicznym, bo lekkie i poręczne, ale również towarzyskim. Na tym drugim mi zależy najbardziej.

Pen-drive ze zdjęciami

Podróżowanie ma w sobie coś z archaicznego przekazywania wiadomości. W dawnych czasach podróżowali kupcy, wagabundowie i dziady. To oni w zamian za gościnę, opowiadali o osobliwościach miast i krajów, które odwiedzili. Dziś w czasach internetu teoretycznie mamy dostęp do wszystkiego na całym świecie. Ale brakuje w tej komunikacji czynnika ludzkiego i osobistego. Inaczej bowiem odbiera się zdjęcia jakiejś mieszkanki jakiejś Warszawy, a inaczej fotografie TEJ dziewczyny z Warszawy, gdziekolwiek by to miasto nie było.
Zdałam sobie z tego sprawę lata temu, podczas podróży po Libanie. Spacerowałam po Tripoli, a że akurat był środek dnia i ramadan...
– Zabłądziłaś? – obok mnie zatrzymał się samochód i wychyliło się kilka męskich głów.
No nie zabłądziłam! Po raz pierwszy nie zgubiłam drogi, lecz najzwyczajniej w świecie szukałam jakiegoś baru.
– No tak mamy ramadan – W myślach przeczytał mi jeden
– I pewnie jesteś głodna – Tak, drugiego mogłabym nazwać „jasnowidz”. W każdym razie dodając jedno do drugiego, goście orzekli, że muszą mnie nakarmić. Kilka metrów stamtąd był ich bar, który za kilka dni zamierzali otworzyć. Nad barem mieszkał jeden z moich nowych znajomych, a jego mama właśnie ugotowała zupę.
– To nie przestrzegacie ramadanu?
– Przestrzegamy na ulicy, a w domu nikt przecież nie patrzy!
I tak znalazłam się w barze. Kiedy już zjadłam zupę, ktoś się mnie zapytał o jakieś zdjęcia z Polski. Tak, przez przypadek miałam przy sobie pendriva z kilkoma fotografiami z Modlina. Zrobiłam mały pokaz na laptopie. Moi zbawcy z otwartymi ustami patrzyli na ekran. Przy jednym ze zdjęć ich zachwyt sięgnął zenitu.
– Jak tu zielono!
– Jak spokojnie!
– To się nadaje na fototapetę? Podarowałabyś nam to zdjęcie?
Byłam w szoku, bo zdjęcia tylko przez przypadek nie wykasowałam. Zatem je podarowałam. Wtedy poczułam się jak ten wędrujący dziad, który włóczy się z miejsca na miejsce głową pełną opowieści. Z tą tylko różnicą, że nie akompaniuję sobie lirą, a pendrivem. Cóż, w tym akurat aspekcie świat poszedł do przodu!
Teraz zawsze mam przy sobie pendriva, a na nim moje rodzinne zdjęcia i kilka pokazów. Te przydały się w Gwatemali, kiedy dzieciakom z belizeńskiego Arenalu zrobiłam prelekcję z podroży po Iranie na bambusowym rowerze. Dzieciaki z otwartymi ustami słuchały mojej opowieści. A ja byłam szczęśliwa, że w ten sposób mogę odpłacić za gościnność i dać coś od siebie, a tym samym włączyć się w odwieczny i światowy cykl wymiany. Opowieści.

Magnesy

Drobiazgi zawsze cieszą. Szczególne takie, które można wystawić na widok publiczny. Na przykład na lodówce. W samotności obdarowany będzie na niego patrzył i wspominał tę dziewczynę z Warszawy. Kiedy zaś przyjdą znajomi, magnes będzie stanowił pretekst do opowieści skąd przyjechała, co opowiedziała i dokąd pojechała.

Monety

Pewnego razu podczas podroży po Meksyku trafiłam do Cholula. Wspinam się na szczyt tamtejszej piramidy, gdy wtem zatrzymuje mnie sprzedawca chapulines, czyli smażonych koników polnych. Po ponad godzinnej rozmowie o wszystkim, sprzedawca w końcu dopiął swego – sprawił że spróbowałam tego przysmaku. Muszę przyznać – tak mi zasmakował, że postanowiłam sobie kupić trochę na wieczór.
Już wyciągam pieniądze, gdy słyszę pytanie sprzedawcy:
– Masz może przy sobie jakaś monetę z twojego kraju?
Miałam.
– To wymieńmy się. Dam ci chapulines za tą monetę.
Nie zgodziłam się. Dałam mu monetę, ale zapłaciłam.
Od tamtej pory zawsze mam ze sobą garść monet, bo w każdej części świata trafiam na kolekcjonerów!

Tusz do rzęs i kredka do oczu

Nie raz zdarzyło mi się, że nie poznałam swojej twarzy. W dłuższej podroży zmiany na facjacie i sylwetce dokonują się bardzo szybko, zaś kontakty z lusterkiem bywają bardzo sporadyczne. Zawsze jednak nadchodzi ten moment, kiedy muszę się ogarnąć. Przyjeżdżam na przykład do dużego miasta, zostaję zaproszona na koncert, wystawę, do restauracji. Wiadomo, że nie będę miała na sobie powalającej kreacji, ale przynajmniej mogę umalowaniem oczu podkreślić moją przynależność do cywilizacji.


Alkohol

Polska naprawdę ma się czym pochwalić w dziedzinie napojów wyskokowych. Kilka z nich jest wybitnie lokalnych o niespotykanym nigdzie indziej smaku. Ich jedynym minusem jest waga. Co prawda trunki kupuję na lotnisku w plastikowych butelkach, ale mimo wszystko zajmują miejsce i swoje ważą. Dlatego zazwyczaj butelkę ofiarowuje pierwszej osobie, u której goszczę i czasem kolejną trzymam na specjalną okazję.

Zatyczki do uszu

Zazwyczaj śpię w dormitoriach, czyli w wieloosobowych pokojach. Zawsze więc muszę się liczyć z tym, że w gronie współspaczy znajdzie się ktoś chrapiący. Choć to nie jedyny problem. W hostelu ruch trwa całą dobę, ciągle ktoś wjeżdża, ktoś wyjeżdża, ktoś wraca z imprezy, albo właśnie idzie na imprezę, komuś innemu zebrało się na zwierzenia albo na grę na gitarze (o 12 w nocy!). Sytuacji, w których uniemożliwiano mi zaśniecie były całe setki. I co tu poradzić? Oczywiście zawsze mogę zrobić awanturę albo napisać skargę, tylko co to zmieni? Będę jeszcze bardziej niewyspana i tyle. Nie lepiej zatkać sobie uszy i smacznie spać?

Krople do nosa

Zawsze mam je przy sobie, kiedy lecę samolotem. Niewielki katar, może sprawic, że na wysokosci zatka nam się nos uniemożliwiając wyrównywanie ciśnienia. Skutek? Rozsadzający ból głowy połączony z utratą słuchu. Przeżyłam i nie polecam...

To jest cala moja lista. Czy coś byście do niej dopisali?


Pozdrawiam! I lecę do Gruzji!:)

Zdjęcie, które oczarowało Libańczyków.




Pokaz w Belize

Czeczenia

Czeczenia


Share on Google Plus

About Dorota Chojnowska

Dorota Chojnowska - Dziennikarka, antropolog kultury i włóczykij. Odkąd zbudowała bambusowy rower, nie wyobraża sobie podróżowania "na piechotę".

0 komentarze :

Prześlij komentarz