Jak dostałam się do Ugotowanych w TVN




Udział w programie Ugotowani to była niesamowita przygoda, która wydarzyła się ot tak – przez przypadek!

Pewnego dnia do mojej skrzynki wpadł dziwny mail:
Szukamy blogerów do programu ugotowani, którzy nie mają nic wspólnego z gotowaniem – czytam na głos w redakcji.
– To lepiej trafić nie mogli! – stwierdził kolega Jul. Kolega Jul jako jeden z nielicznych w redakcji spróbował mojego sztandarowego dania: „sałatki śledziowej bez śledzia”. A ponieważ było to w trakcie dość intensywnej imprezy trudno powiedzieć czy jego opinia wynikała z tego, ze danie pamiętał czy też z tego, ze dania nie pamiętał.

Następnie podeszła do mnie Pani Szefowa i już całkiem poważnie stwierdziła: „Ja bym spróbowała”. To odpisałam, że chętnie bym wzięła udział.
Po chwili zadzwonił telefon. I tak rozpoczął się wielostopniowy casting.

Jeśli coś ma się dziać, to najlepiej wszystko naraz. Gdybym miała pamiętnik, wpisy wyglądałyby tak:
Środa: kupuje farbę i nakładam pierwszą warstwę farby na ścianę w łazience. W telefonie znalazłam notatkę sprzed dwóch lat ze współrzędnymi farby od mojej architekt – Ewy Boguszewskiej. Po pierwszym machnięciu wałkiem do głowy przyszła myśl
zbyt różowo.
Za chwile przyszła druga myśl.
Trudno, już nic się z tym nie da zrobić.
Czwartek: Na ścianę idzie druga warstwa farby. Zastanawiam się, jak przywrócić biel na zaróżowione fragmenty sufitu. .
Piatek: Jadę do Gdańska na konferencję See Blogers.
Niedziela: Wracam z konferencji i sprzątam mieszkanie.
Poniedziałek: o 10.00 Przychodzi ekipa filmowa i mamy casting, po czym jadę do pracy, wracam w nocy i do 3 nad ranem pakuję rower i siebie i jade na lotnisko. Przez następne dwa tygodnie jeżdżę po Szkoci i co jakiś czas sprawdzam, czy przyszedł mail z TVN-u. Nie przyszedł.

Pod koniec każdej podróży wykonuję kilka czynności, które stały się już rytuałem. Z czeluści plecaka wyciągam paszport, a do telefonu wkładam polską kartę sim. To znak, że jedna nogą jestem już w Polsce. Włączam telefon i... widzę jeden powtarzający się telefon. Oddzwaniam. To TVN.
Zostałaś wybrana do programu, ale nie mogliśmy się do ciebie dodzwonić.
Ale przecież mówiłam, że przez dwa tygodnie będzie ze mną tylko kontakt mailowy...
Niestety nikt nie przekazał tej informacji, ale czy możemy zatrzymać twoje papiery na biurko i w pamięci?
Jasne! Zatem niech zapadnę w pamięci!

To było w sierpniu. Mijały miesiące i pewnego mroźnego styczniowego poranka znowu odezwał się TVN. Tym razem odwiedza mnie Łukasz – reżyser odcinka i Danka – spiritus movens planu. Ustalamy plan gry. Zatem znowu wszystko miało się rozegrać na tydzień przed wyjazdem, tym razem do Gwatemali. W tym czasie musiałam przetrenować potrawy, skończyć dwa teksty do Travelera, wysłać do druku dwa magazyn, przygotować kolejny i trzy dodatki, a poza tym sprzątnąć mieszkanie, przywieźć stół, załatwić naczynia, bo zdałam sobie sprawę, że te które mam, nie są zbyt fotogeniczne. Poza tym musiałam wymyślić potrawy i wymyślić dla nich nazwy, co było jeszcze trudniejsze. Ale to i tak nic w porównaniu z tym, że trzeba było następnie te nazwy zapamiętać!
Ja tego nie ogarnę!
Ogarniesz. Zawsze ogarniasz – odpowiada przyjaciółka Kasia. Ale tym razem bez pomocy mojego mężczyzny i rodziców byłoby naprawdę ciężko...

W środę pierwsze zdjęcia. Muszę zorganizować publiczność na pokaz. Tylko kto przyjdzie w środku tygodnia o 9.00 na 20 minut oglądać zdjęcia z Iranu do Jasia & Małgosi? Od czego ma się rodzinę, mężczyznę i przyjaciół! Mało tego, tata wydał polecenie służbowe i na widowni stawiły się wszystkie jego pracownice. Kilka godzin później podczas kolacji u Mateusza poznałam wszystkich uczestników programu. I tak rozpoczęła się czterodniowa przygoda.

Na pierwszej kolacji odetchnęłam z ulgą. Przyjdzie mi biesiadować z ciekawymi ludźmi. Poznaliśmy się przy pierwszej kolacji w świetle reflektorów. Ale tak na prawdę lody pękły po zakończeniu pierwszego dnia. Zasiedliśmy w wozie transmisyjnym i gadaliśmy. Nasze rozmowy przeplatały wspomnienia członków ekipy z poprzednich odcinków. Było zabawnie!

Kręcenie programu nie jest łatwe. Szczególnie kiedy trzeba nakręcić kilka ujęć na rowerze i akurat tego dnia spada temperatura i zaczyna padać śnieg...
W takich warunkach nawet Liz Taylor nie zagrałaby plażowiczki kąpiącej się w słońcu na Hawajach – pocieszam się w myślach i pruje przez kałuże i koleiny na placu zamkowym.
Kolejne ujecie. Mam przeczytać menu jednego z uczestników programu. Ręce mi się trzęsą, głos też, ale przestawiam się na fazę „zombi” i brnę. Dance to jednak nie wystarcza! Chce, żebym nie tylko czytała, ale jeszcze myślała.
No wytęż umysł i powiedz, co autor tego menu miał na myśli.
Więc myślę, myślę, ręce mi się trzęsą, karta z nazwami potraw powiewa niczym flaga na wietrze. Powiewa tak silnie, że przy drugiej potrawie Danka postanawia wymienić Menu, bo zaczęło wyglądać jak po niezłym wirowaniu.
Przemarzłam tak, że gdy tylko weszłam na klatkę przytuliłam się do kaloryfera. Kiedy dłonie odzyskały czucie, wniosłam rower do mieszkania i znowu jak stałam przytuliłam się do kaloryfera. Wieczorem na kolacji ciągle było mi zimno, mimo że gospodarz – Rafał – nie żałował nam bimbru!

Trzeba też ogarnąć stylizacje. Kto lepiej doradzi w czym najlepiej wyglądam od własnego mężczyzny? Choć jego zdanie na temat zawartości mojej szafy jest silnie krytyczne, wygrzebał z czeluści trzy sukienki, jedna parę butów. Druga kupiłam w 15 minutowych zakupach za niewiele więcej złotych. A co mi tam, kamera nie widzi metek!

A jak wyglądało samo nagranie? O godzinie 9 rano przyjechała ekipa. W mieszkaniu pode mną zorganizowali reżyserkę. Kiedy kamerzyści rozkładali sprzęt w moim mieszkaniu kierownik planu chodził z białym i czarnym plastrem i zaklejał wszystkie nazwy. Na pudełkach, na kartonach, na słoikach, na rowerze, na śpiworze.... na wszystkim!
Jeszcze przez miesiąc znajdować plasterki – powiedziała Danka. Pomyliła się. Ostatni plasterek znalazłam wczoraj. Czyli prawie dwa miesiące po nagraniu i wcale nie jest powiedziane że to ostatni:)
Ale tymczasem ja gotuję. Mimo, że przećwiczyłam potrawy kilka dni przed nagraniem robię za dużo sushi na jeden talerz, więc za dużo czasu mi to zabrało. Za dużo też gadam, bo przecież jak ja się rozgadam to końca nie ma.
Rób! Nie zawieszaj się podczas gadania! – Co chwilę grzmiał reżyser z reżyserki.
Efekt? Nie wyrobiłam się w czasie. Już powinni wchodzić goście, a ja jeszcze nie ubrana i nie umalowana. Tylko, że goście nie wchodzą... Słyszę jak ekipa mówi o jakims opóxnieniu i ewidentnie nie spowodowanym przeze mnie. Za chwile słyszę, że mam jeszcze pól godziny. Co się stało? Chłopcy założyli koszule w prążki, których nie lubi kamera. Odesłano ich więc do domu. Wrócili po 40 minutach. Ja w tym czasie byłam już piękna i pachnąca:) To się nazywa szczęście!

Link do programu:








Share on Google Plus

About Dorota Chojnowska

Dorota Chojnowska - Dziennikarka, antropolog kultury i włóczykij. Odkąd zbudowała bambusowy rower, nie wyobraża sobie podróżowania "na piechotę".

0 komentarze :

Prześlij komentarz