Blogować albo przeżywać...



W podróży tyle się dzieje, że nie mam czasu, by blogować. Chłonę każdą chwilę, żyję nią, a w wolnej chwili notuję. Tym razem we własnoręcznie wykonanym zeszycie.



Opowiem Wam historię, która wydarzyła się dawno, dawno temu, kiedy dopiero co pojawiły się w sklepach pierwsze małe i niedrogie laptopy i kiedy backpackersi zaczęli je masowo pakować do swoich backpacków. Wtedy właśnie zakwaterowałam się w jednym z gwatemalskich hosteli. O świcie, niczym księżniczka na podróżniczy bal, schodzę na śniadanie. Bo pamiętałam z poprzednich podróży, że śniadania to była uczta nie tyle dla ciała, co dla ducha Stanowiły doskonały pretekst, by poznać współmieszkańców aktualnej noclegowni. Każdy dosiadał się do pierwszego lepszego stolika i po wygłoszeniu formułki
- Przepraszam, czy to miejsce jest wolne? - Rozpoczynał rozmowę.
To były niesamowite chwile, w których zapach tostów i najtańszego dżemu mieszał się z opowieściami snutymi w pięciu, sześciu językach na raz. Uwielbiałam te dyskusje, kilka z zawartych wówczas przyjaźni przełożyła się na facebooka i trwają uśpione do dziś.
­­- Kogo spotkam tym razem? Do jakiego stolika się przysiądę – myślę i pędzę na spotkanie z przeznaczeniem. Nie mam chwili do stracenia! Zbiegam po schodach, w zaspaniu zamiast drzwi do świetlicy, otwieram drzwi do toalety. Dobrze wiedzieć, gdzie jest, myślę, ale teraz szukam innego miejsca. Jest! Naciskam klamkę. Wchodzę i…

Zamiast rozmów słyszę klikanie. Przy każdym stoliku siedzi jedna osoba dla której i tak ledwo starcza miejsca. Nie myślcie jednak, że z powodu bogatego menu. Na stolikach z pieńków drzew ledwo mieścił się bowiem laptop i filiżanka kawy. Talerzyki z tostem leżały smętnie na podłodze i nikt sobie nimi nie zawracał głowy, bo towarzystwo zajęte było Facebookiem, pisaniem tekstów o swoich karkołomnych wyprawach i ewentualnie cichymi rozmowami na skype’ie – bo przecież nie można zakłócać przestrzeni falami dźwiękowymi, jeśli gościu ze stolika obok potencjalnie unosi się na skrzydłach natchnienia i w kwiecistych słowach opisuje swoją WYPRAWE do tej mitycznej GWATEMALI. Jedyną osobą, która próbowała brylować w tym zaklętym ciszą towarzystwie był pewien Norweg. Młody chłopak chodził od stolika do stolika i na całe gardło powtarzał słowo: „caprun”. A że był jeszcze pijany, to z dużą dozą prawdopodobieństwa mogłam stwierdzić, że chodziło mu o dość brzydkie słowo „cabron”, które musiał przynieść z jakiegoś baru i za które każdy szanujący się gwatemalski macho przydzwoniłby mu radośnie w zęby.
Co miałam robić w takim miejscu? Usiadłam na ziemi, zjadłam tosta i poszłam na miasto przeżywać jego atmosferę i ludzi. Wróciłam po kilku godzinach pełna opowieści, które chciałam wpisać do mojego zeszytu. Niestety stoliki wciąż były zajęte. Zwolniły się dopiero wieczorem, gdy towarzystwo poszło eksplorować pobliskie bary i dyskoteki.

Dla mnie podróż jest drogą, która prowadzi przez ludzi, ich serca, uczucia. To są spotkania, których nie można zaplanować, lecz się wydarzają ot tak, po prostu, przez przypadek. Muszę być na nie gotowa w każdej chwili, dlatego nie mogę odgradzać się od świata ekranem laptopa. Jedyne, na co sobie pozwalam, bo pamięć jest przecież bardzo ulotna, to zeszyt, w którym notuje moje wspomnienia, przemyślenia, uczucia i odczucia. Mogę to zrobić w każdej chwili i bez zbędnego ceremoniału instalacji do wi-fi.
Tym razem mój zeszyt był bardzo specjalny. Zrobiłam go własnoręcznie z papieru pakunkowego i tektury pierwszego dnia po przyjeździe do Gwatemali. Wiele razy sam prowokował spotkania. Ludzie bowiem mniej się krępują, gdy przyjdzie im zagadać do samotnie siedzącej pani przy dziwnie wyglądającym zeszycie, niż do dwóch pań zapatrzonych w ekran.


Dlatego podczas włóczęgi po Gwatemali, mój blog milczał. Ale zapewniam Was - strony mojego zeszytu z każdym dniem zapełniały nowe, niezwykłe ludzkie historie. Podczas tej podróży przygotowywałam też grunt pod wyprawę w biurem turystycznym SuperFemka. Bo może czytając moje wspomnienia zapragniecie równwnież poznać osobiście tych lub podobnych ludziJ



Robimy zeszyty u Simone



Pablo Robledo - muzyk, malarz, ogląda płytę, którą mu przywiozłam z Polski. To on otworzył mi większość drzwi w Gwatemali.

Mayari de Leon - Córka zamordowanego podczas wojny pisarza Luisa de Leon. Przechowuje pamięć o nim i kontynuuje jego dzieło. 

Eynard tworzy książkę z kartonu

Don Manuel - załozyciel fundacji Nuevo Amanecer w San juan Itzapa


Odrabiam lekcje z dzieciakami z fundacji Nuevo Amanecer

A wieczorem..:)


Claudia w siedzibie fundacji Caracol

Tzutu Kan - Jeden z nielicznych majów wykonujących hip-hop i jego najnowsze płyty

Dla dzieci z fundacji Caracol robię prezentację zdjęć z Iranu



Radio Peten we Flores



Share on Google Plus

About Dorota Chojnowska

Dorota Chojnowska - Dziennikarka, antropolog kultury i włóczykij. Odkąd zbudowała bambusowy rower, nie wyobraża sobie podróżowania "na piechotę".

4 komentarze :

  1. O! Takie podejście mi się podoba. To strasznie smutny widok, kiedy ludzie tak zamykają się na zewnętrzny, pełen kolorów świat, pisząc jednocześnie na klawiaturze jakim to trzeba być otwartym w trakcie podróży. Raz wzięłam ze sobą laptopa na miesięczną podróż i szczerze mnie wkurzało, że wiele razy zamiast zastanawiać się, gdzie zjeść posiłek, żeby mieć najlepszy widok, myślałam jak to zrobić, żeby mieć gniazdko.
    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo smutny, zwłaszcza, że podróż jest taka krótka i każdy jej moment jest niepowtarzalny... Ja raz wzięłam iPada:) Po dwóch dniach zostawiłam go koleżance i odebralam przed wejściem na pokład samolotu:)

      Usuń
  2. Bardzo ładny wpis! Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń