Od Janosika do Lorda Vadera


Łatwo jest przejść na złą stronę mocy i z obrońcy stać się gangsterem.

Czasem z dobrych chęci rodzą się bestie. Tak jak to miało miejsce w Gwatemali.

Gdzieś w Gwatemali jest miasteczko. Miasteczko leży nad jeziorem, a jezioro zatykają nieczystości tak szczelnie, że woda wzbiera, wzbiera i co trzydzieści lat z hukiem wszystkimi brzegami uchodzi i zalewa wszystko dookoła, również to miasteczko. Tego roku wody było jeszcze więcej niż trzydzieści lat wcześniej. Wdzierała się do domów. Kobiety pakowały dobytek, dzieci płakały, a mężczyźni radzili.
– Kiedy tylko wyjdziemy, nasze domy splądrują maras.
To było jasne jak słońce. Maras, czyli wytatuowani gangsterzy brodzili jak wszyscy po kolana w wodzie, ale już gotowi byli na przejęcie kontroli nad miastem.
– Jeśli im pozwolimy wejść, nigdy nie wyjdą.
I to też była święta prawda. Maras się nie wycofują, chyba, że na z góry upatrzone pozycje.
– To co robimy?
– Stwórzmy oddział samoobrony obywatelskiej. Podzielmy się na oddziały grupami na zmiany pilnujmy naszego dobytku.
Prawo w Gwatemali owszem, istnieje, tylko nie ma siły przebicia. Dlatego nikt nawet nie pomyślał o kilku policjantach, którzy teoretycznie z racji zajmowanej funkcji powinni się tym zająć. W obliczu nowych wyzwań, Gwatemalczycy muszą sami się zorganizować. I walczyć z gangsterami jak gangsterzy - pod osłoną nocy.
– Ale tak z odkrytymi twarzami?
– Nie, założymy kominiarki, czyli capuche – odpowiedział alcalde, czyli burmistrz
To miało sens. Gdyby ktoś z oddziału zestrzelił jakiegoś mara i któryś z kumpli zobaczyłby jego twarz, to nie tylko strzelec, ale i jego rodzina mieliby przechlapane. Każdy z nich w duchu pomyślał o tych kilku policjantów, których nawet nie wzięli pod uwagę. Jak się biedaczyny codziennie gimnastykują, by z jednej strony nie narazić się szefom, a z drugiej gangsterom. Przecież tak naprawdę w miasteczku wszyscy się znali.
I tak 300 mężczyzn w kominiarkach, czyli encapuchados wyszło ulice. Wyciągnęli jakąś skitraną w domu broń, w końcu wojna domowa skończyła się całkiem niedawno i nikt tak naprawdę jeszcze nikogo nie rozbroił. Zaczęli w grupach, na zmianę, przez dzień i noc patrolować miasto.

Aż w końcu woda opadła. Kobiety i dzieci wrócili do domów, mężczyźni zdjęli capuche. Tylko, że nie wszyscy. Kilku encapuchados w dalszym ciągu wieczorami chodziło po mieście jak maras.  Kiedy podpalili bar, w którym handlowano narkotykami, nikt nic nie powiedział. Kiedy sprali deleara, gdzieś na mieście, nikt się nie oburzył – gdyby policjanci mieli jaja, już dawno chłopak dostałby po ryju. Ale kiedy znowu go sprali, tyle że w domu na oczach jego ciężarnej dziewczyny, zaczął się szum. Pewnego dnia zniknął człowiek...

Wtedy na scenie pojawiła się Lucia – dziennikarka lokalnej gazety. Napisała tekst i wskazała zabójcę.
– Wiedziałaś?
– Fakty mówiły za siebie. Ostatni raz chłopaka widziano z encapuchados nieopodal jeziora. Kilka godzin później na brzegu pozostała po nim tylko koszula. Ciała nigdy nie znaleziono.
– Ale to o niczym nie świadczy.
– Ktoś ich widział, jak się szarpali.
– To też nie dowód.
– Jeden z encapuchados twierdził, że chłopak należał do maras. Powiedział to w wywiadzie, kilka dni po całym zajściu.
To już większy kaliber. W Gwatemali każdy boi się maras, wytatuowanych gangsterów. Do tego stopnia, że ludzie jak ognia boja się wszelkich tatuaży. Kto ma wytatuowaną choćby niewinną różyczkę, pracy już nie znajdzie. A chłopak miał wytatuowane „18”!
– Czyli jednak należał do maras.
– Tak, kiedyś należał, ale wiele lat temu udało mu się odejść. Tatuaż zawsze ukrywał pod ubraniem. Wiedziała o nim tylko jego dziewczyna i ktoś, kto zdjął mu koszulę.
– Wtedy, nad brzegiem jeziora...
– Tak.
– Wiecie, kto należy do encapuchados.
– Jasne, znamy ich imiona. To są trzy osoby.
– Kto?
– Alcalde, i jego dwóch współpracowników z ratusza.

ps. Alcalde Panajachel zagroził śmiercią Lucii w dzienniku telewizji publicznej. Sąd początkowo umorzył śledztwo. Dopiero po fali międzynarodowych protestów środowisk dziennikarskich i obrońców praw człowieka, proces ruszył ponownie. Alcalde został uznany winnym, ale Lucia musiała opuścić Panajachel w obawie o własne życie. Rok temu wszystkich oskarżonych uniewinniono. Lucia wciąż obawia się, że tak jak chłopak, pewnego dnia może zniknąć w odmętach jeziora Atitlan.
 

Jezioro Atitlan

Jezioro Atitlan

Główna ulica Panajachel.

Mur wokół domu

Share on Google Plus

About Dorota Chojnowska

Dorota Chojnowska - Dziennikarka, antropolog kultury i włóczykij. Odkąd zbudowała bambusowy rower, nie wyobraża sobie podróżowania "na piechotę".

2 komentarze :

  1. Bardzo mądry wpis (jak zawsze). Można powiedzieć, najważniejsze problemy Gwatemali w jednej, prostej historii. I ciekawe studium ludzkiej psychiki ;).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Najbardziej boli, kiedy już tam jesteś, że nawet coś co rodzi się z dobrych intencji obraca się przeciwko ludziom...

      Usuń