Po co mi rower, nie lepiej autobusem?


Do Isfahanu dalej niż bliżej, przede mną pustynia, za mną nawet nie ma 100 km. Może lepiej było zostawić rower w Polsce? 

Z takimi myślami wyruszałam z Nasr Abad. Z uśmiechem pożegnałam gospodarzy, którym wbiłam się na chatę. Bardzo szybko uśmiech zmienił się w nietęgą minę. Bo znowu jadę wolno i ciągle pod gore.
- Ale jeśli jest podjazd, to musi być w końcu i zjazd... Podpowiada jakiś głos w głowie.
- Super, tylko kiedy, bo już walczę dwie godziny, i wciąż nie widać końca.
pedałowałam jeszcze trzecia godzinę... 
Już nawet nie zwracam uwagi na opuszczone wioski. A te sa piekne. Bo domy na pustyni rozplywaja sie jak snieg. pozostaje po nich gora gliny, ktora predzej czy pozniej rozwieje pustynny wiatr. nieco dluzej zyja twierdze. Ich wieze dlugo opieraja sie przemijaniu, tak jak ta, ktora mijam. Jest piekna, wysoka, a wokol niej rozpuszczone do wysokosci metra zabudowania. W oddali widze owce, gdzies szczzekaja psy pasterskie. Sielanka. Zjezdzam z drogi, rower opieram o mur twierdzy i robie zdjecia. - Czy mi sie wydaje, czy psy ujadaja coraz glosniej?
- To moze bys sie obejrzala za siebie?
- O kurcze! - w moja strone wartkim krokiem zblizaly sie dwa psy. Wskoczylam na rower. Nawet nie probowalam wrocic na asfalt. Droge zbudowano na wzniesieniu, z bagazem nie podjade. Moge miec tylko nadzieje, ze piach nie jest zbyt gleboki i predzej brysie sie zniecheca niz skonczy sie ta trasa. Udalo sie. Ucieklam. Wrocilam na droge, ale przygoda dala mi do myslenia. 

Po pierwsze: zdalam sobie sprawe, ze po raz pierwszy w zyciu jestem gdzies na prawde sama. I jesli cos sie zadzieje, nikt mi nie pomoze.

Po drugie: dlaczego rower tak lekko jechał po piachu?

Spojrzalam na lancuch. Z przodu byl osadzony na mniejszej zebatce. To dlatego jechalam tak wolno! Zmienilam ustawienia i pomknelam. Tym bardziej, ze wlasnie zaczal sie zjazd z gorki. Do miasta, w ktorym mialam nocowac wjechalam akurat w porze obiadu. 
- Czy jest tu restauracja? - pytam jakis ludzi.
- Jest, ale lepiej idz do meczetu. Dzis rozdaja jedzenie.
Wiec poszlam w strone meczetu.

I tak zaczelo sie zamieszanie...

Jakas kobieta zlapala mnie za reke i wciagnela do srodka. Za chwile juz mialam w reku talerz z ryzem, a ktos zgrabnym ruchem osadzil mnie na dywanie. obok mnie klebily sie kobiety w czadorach. Kazda chciala wiedziec skad jestem, i czy wpadne do jej domu na herbate. Ale zwyciezczyni mogla byc tylko jedna. ta, ktora wciagnela mnie na "salon". Szybko mnie zgarnela i w kilkunastoosobowym pochodzie przyprowadzila do domu. 
Natychmiast kobiety rozlozyly na podlodze cerate, postawily wode, polozyly chleb. Za chwile doniosly ryz i jakies danie z fasoli i miesa. Nagle rozleglo sie pukanie w okno. To sasiadki przyszly w odwiedziny, zobaczyc rowerzystke z Lachestanu. posiedzialy chwile, porobily sobie ze mna zdjecia i poszly. ledwie przelknelam lyzke ryzu, przyszly kolejne sasiadki. W powietrzu ciagle unosilo sie slowo "duczarche", czyli rower.
- Dokad jedzeisz?
- do Isfahanu.
- to bardzo daleko. Maz gdzie spac po drodze?
- Nie.
- To moze zostaniesz u nas?
- Chetnie, ale jeszcze jest wczesnie, a dluga droga przede mna...

Bo do Isfachanu ciagle daleko.

Ile kilometrow? To kolejna zagadka. Bo zapomnialam, czy liczby czyta sie tak jak slowa perskie od lewej do prawej - wtedy byloby troche mniej niz 573, albo 583 kilometry (ciagle nie odrozniam perskiej siodemki od osemki). Jesli jednak czyta sie odwrotnie niz pisze, sytuacja wygladalaby zupelnie znosnie. Ale niezaleznie od dystansu - jade do Isfahanu. najkrotsza droga, czyli:

przez pustynie.


- Nie rob tego! - powiedzial Kiam, ktorego spotkalam kilka godzin pozniej na drodze. Wlasnie przewozil grupe Austryjaczek do Jazdu. Zatrzymali sie, zeby zapytac czy nie potrzebuje pomocy. Jakiej pomocy? Przeciez ja pedzilam z predkoscia wiatru - bo na wyzszej zebatce. Juz mialam za soba 70 km i zanosilo sie na znacznie wiecej.
- Po pierwsze tam nie ma drogi, po drugie sa wilki, po trzecie sa Afganczycy. - powiedzial - jesli cos sie stanie, po prostu znikniesz. Jedz prosto do Aqdy, tam masz hotel. 

Pojechalam. Tego dnia zrobilam 95 km!

W nocy zameldowalam sie w hotelu. Kian nie powiedzial mi, ze poczuje sie jak w basni z tysiaca i jednej nocy. nie uprzedzil mnie tez, ze Aqda to olbrzymia metropolia, z wielkimi palacami, ktore pozera pustynia. 


Zamieszanie pod meczetem

Zamieszanie pod meczetem

Kiam i spolka:)

Ogladamy rowerzystke z Polski:)

Symboliczny grob hussaina juz gotowy do Aszury.

Stad przepedzily mnie psy pasterskie

Inscenizacja do Aszury
puk, puk... Czy mozemy popatrzec?



Share on Google Plus

About Dorota Chojnowska

Dorota Chojnowska - Dziennikarka, antropolog kultury i włóczykij. Odkąd zbudowała bambusowy rower, nie wyobraża sobie podróżowania "na piechotę".

0 komentarze :

Prześlij komentarz