Jak smakuje świat?

Georgia meat sellers.

Podróże kształcą... kulinarnie. Z różnych stron świata przywożę składniki, przepisy, przyprawy a potem to mieszam. Wychodzą nawet ciekawe kulinaria, o ile coś mi się nie sypnie... za bardzo.


Nie wiem, czy to wpływ programów kulinarnych. Ale ostatnio moi znajomi często rozmawiają o gotowaniu. Zazwyczaj siedzę cicho, bo nie mam się czym chwalić. Jem bo muszę, a gotuję jak najdzie mnie wena twórcza. Wtedy mieszam smaki, jak to widziałam na świecie, dodaję przyprawy, które przywiozło mi się z podróży... Jaki smak z tego wyniknie? Do ostatniej chwili pozostaje to zagadką.
– Ale na pewno przywozisz z podróży jakieś egzotyczne przepisy... – tym razem zostałam włączona do dyskusji.
– Przywożę. Ale tak właściwie, to zawsze jakoś je przetwarzam.
– Czyli wychodzi breja?
– Nie zupełnie. Gdzieś tam uczę się sposobu przygotowania czegoś, po czym dodaje składniki z innej części świata...
– ...Z czasem udoskonalasz przepis i jest idealnie?
– Nie udoskonalam. Bo ciągle mam nowe pomysły w głowie i szkoda mi czasu na powtarzanie.
Właściwie jedyną rzeczą, którą powtarzam to kawa z przyprawami.

Spécialité de la maison

Przepis tworzył się latami. Najpierw w Egipcie znajome pokazały mi jak się ją zaparza. Że musi podejść do góry trzy razy i nie wolno jej zagotować, bo skwaśnieje. Ale dopiero kilka lat później przywiozłam sobie z Turcji specjalne naczynko. Od tamtej pory codziennie o poranku moje mieszkanie wypełniał zapach kawy z kardamonem. Wkrótce zaczęłam kombinować. Co by było, gdybym dodała jeszcze inne przyprawy – goździki, cynamon, imbir...? Jak wymyśliłam, tak zrobiłam. Moja kawa podbiła serca znajomych – o ile nie przesadziłam z jakimś składnikiem, jak to miało miejsce w Libanie. Tam do tygielka trafiło trochę za dużo chili. Ryan i Jenny stwierdzili, że zrobiłam to specjalnie, żeby ich zabić. Pogrążyłam się jeszcze bajką o smoku wawelskim, ale mimo to wielkodusznie mi wybaczyli. Tak, że rok później ponownie mogłam się zatrzymać u nich w domu. Do kuchni miałam jednak stanowczy zakaz wstępu przypieczętowany pewnym daniem z pewnej rośliny. Do dziś nie wiem co to było. Smakowało paskudnie. Przeżyliśmy tylko dlatego, że nikt tego nie tknął.

Kulinarna konserwa

Do Meksyku nie zabrałam tygielka – musiałam ograniczyć bagaż. Zabrałam więc bardziej praktyczny metalowy kubek. W nim też można przygotowywać kawę arabskim, czy też tureckim sposobem z moimi dodatkami. Wtedy zauważyłam, że Meksykanie to potwornie konserwatywny naród. Z każdą przyprawą na coraz większą odległość oddalali się ode mnie i mojej kawy. Ale to nic! Jeszcze większe obrzydzenie budziła w nich koktajl z mango i awokado.
– Jak możesz coś takiego jeść? – Oliver nie próbował ukryć obrzydzenia.
– Przecież to dobre, spróbuj.
Oliver zrobił jeszcze jeden asekuracyjny krok w tył.
– Tego się nie miesza!
– Dlaczego?
– Bo mango to owoc, a awokado to warzywo. – odpowiedział syn narodu, który chipsy, zarówno ziemniaczane jak i bananowe, posypuje solą, papryczką chili, a to wszystko obficie zalewa sokiem z limonki. Ten ostatni składnik zamieniał zawartość torebki w tłustą breję. Dlatego właśnie zawsze prosiłam ulicznych sprzedawców chipsów prosiłam o niedolewanie soku.
– Ale na pewno? – sprzedawcy wygłaszali tę kwestię głosem z wyraźnie odczuwalną nutą przerażenia. Przecież zakłócałam odwieczny porządek rzeczy, a to śmierdzi co najmniej rewolucją, a w najgorszym razie globalną zagładą. Dlatego postanowiłam, że przerzucę się na coctele, czyli paski z ogórków, mango, jabłek czy bananów posypanych solą, papryczką i... zalanych sokiem z limonki. Poddałam się. Sok z limonki w Meksyku należy do grona dodatków obowiązkowych.
Skoro od tego nie mogłam uciec, to musiałam w końcu polubić. Koniec końców, również w Polsce dolewam go do zup, kasz, mięsa. Kiedy nie mam limonek pod ręką, zastępuję je cytrynami. Też dają radę.
W Meksyku pokochałam też ostre papryczki. W każdej formie. Zawsze mam w domu chipotles, habanerę, pieprz cayenne albo chili. Doskonale podkręcają smak smażonych bananów, ananasów w cieście i truskawek. Czyli do wszystkiego. Tak jak w Meksyku.

Zamiast masła

Lubię masło, o ile nie ma kamiennej konsystencji. A że trzymam je w lodówce, zazwyczaj właśnie taką ma. Dlatego zaczęłam polewać chleb oliwą z oliwek, tak jak robiłam to w Hiszpanii i we Włoszech. A może po libańsku tę oliwę zmieszam z zaatarem? W Libanie tej przyprawy dodaje się do wszystkiego. Posypuje się nim hummus, chlebki manoushe, dodaje do sałatek, serów. Sprawdziło się. Wkrótce zaatar znalazł również swoje miejsce w jadłospisie moich znajomych. Bo jest naprawdę świetny!

Paella Polaca

Mieszkanki Walencji zawsze i wszędzie powtarzają, że paella narodziła się właśnie w ich mieście. Przy czym każda z nich twierdzi, że tylko u niej w domu wykonuje się ją w najbardziej klasyczny i uświęcony tradycją sposób. I każda gotowa jest pójść na łyżki i noże, jeśli jakaś sąsiadka stwierdzi inaczej. Gdyby wiedziały, jak przetworzyłam ich przepis... Zatem klasyczną paellę gotuje się w specjalnym naczyniu zwanym „paella”. Najpierw podsmaża się owoce morza, lub mięso z kurczaka i królika. Następnie zalewa wodą i dodaje warzywa. Na koniec równomiernie trzeba zasypać to wszytko ryżem i nie mieszać! A ja nie lubię ryżu. Więc zastąpiłam go kaszą i dodałam trochę indonezyjskich przypraw do nasi goreng. Wyszło ostro i... całkiem smacznie.

Nie zawsze tak kończą się moje przygody kulinarne... Cóż, bez ryzyka nie ma zabawy. Nic na to nie poradzę, że w mojej kuchni panuje stara zasada – przepisy są po to, żeby je łamać!
Share on Google Plus

About Dorota Chojnowska

Dorota Chojnowska - Dziennikarka, antropolog kultury i włóczykij. Odkąd zbudowała bambusowy rower, nie wyobraża sobie podróżowania "na piechotę".

0 komentarze :

Prześlij komentarz