W labiryntach Budapesztu

 

 

Budapeszt składa się z wielu labiryntów. Z jednego wychodziliśmy, by zaraz wpaść do drugiego. I tak całymi nocami!

To miał być pracowity wyjazd. Miałam napisać kilka tekstów, regularnie wrzucać posty na FB. A tu zderzenie z brutalną rzeczywistością! Nie ma internetu, bo wi-fi nie działa, a roaming nie przewiduje transmisji danych. Nie ma też czasu na pisanie, bo ciągle błądzimy w kolejnych labiryntach.

Podziemne tunele

Wszystko zaczęło się w Labirintusie (Uri utca 9). Zeszliśmy pod kamienice Budy. Kiedyś przechowywano w nich węgrzyna. A że wino było zacne, popyt sporo przewyższał podaż. Więc drążyli w skale tunele, przedłużali te istniejące, dodawali odnogi. I tak powstała sieć korytarzy o długości kilkudziesięciu kilometrów. Jednak sam Labiryntus ma długość około kilometra, choć to nie znaczy, że nie nabije się w nim kilometrów! Szczególnie po 18.00. Wtedy wygaszane są światła i zapadają egipskie ciemności. Zwiedzający mogą je rozproszyć tylko lampami naftowymi. A że obsługa rozdaje je oszczędnie, światła w środku jest jak na lekarstwo!Więc było ciemno, w powietrzu unosił się dym, śmierdziało naftą, a my po kilka razy przemierzaliśmy te same korytarze, bo raz nie dojrzałam tronu, innym razem Adam nie dojrzał Drakuli, a Łukasz właśnie postanowił przykuć się kajdankami do ściany...
Ale udało się nam wydostać i zaraz wessał nas kolejny labirynt.

Nocne życie

Kluby i dyskoteki Budapesztu są równie poplątane co Labiryntus. I równie niepozornie zaczyna się wędrówka ich pokojami, komnatami, ogrodami, podwórkami. Szimplę od ulicy zapowiada szyld, a że zniszczony i w zaniedbanej bramie, nie wzięlibyśmy go na poważnie. Ale ktoś już coś słyszał więc weszliśmy, zaniemówiliśmy i się zgubiliśmy. Ale co to była za podróż! Czuliśmy się jak ryby w sieci pomieszczeń, szczególnie, że rybki lubią popływać a barów było tam nie mało...
Ale nie ma co siedzieć w jednym miejscu. Może sprawdzimy, co w sobie kryje Dobos i Instant?. Znowu niepozorne ruiny, znowu bogate pokręcone wnętrza. Znowu muzyka i taniec do rana... No chyba, że ktoś jak Marcin, chce się przekonać na własnej skórze, że ulice Budapesztu też są labiryntem. Bo kiedy się ktoś w nie zaplącze, nawet mapa go nie wyprowadzi! Przez całkiem długie godziny.

Cudów nie ma!

Dlatego w Budapeszcie nie można walczyć z przeznaczeniem. Nie szukajmy żadnych map ani nie liczmy na cudowną nić ariadny. Trzeba iść tam, dokąd wciąga labirynt. I liczyć, że bezpiecznie odstawi na śniadanie do jakiegoś baru. A tam na podstawie rachunków odtworzymy trasę wędrówki. A jeśli zdarzą się luki? To uzupełnimy je wyciągiem z karty kredytowej:)

Zwiedzanie Budapesztu
Ulice Budapesztu


Zwiedzanie Budapesztu

Zwiedzanie Budapesztu
W Labiryntusie











Share on Google Plus

About Dorota Chojnowska

Dorota Chojnowska - Dziennikarka, antropolog kultury i włóczykij. Odkąd zbudowała bambusowy rower, nie wyobraża sobie podróżowania "na piechotę".

0 komentarze :

Prześlij komentarz