Homo Sovieticus



Wystarczy zabrać pamięć i człowiek traci zmysł życiowej orientacji.



– Wiedza o przodkach mówi ci skąd jesteś i dokąd idziesz – mówi Daria z Ufy. Spotkałyśmy się w Moskiewskim hostelu. Właśnie próbowała nadać kierunek swojemu życiu – gdzieś w stronę zachodu. Bo stąd pochodzili jej przodkowie.
Wiem, jestem szczęściarą. Mojej babci udało się wywieźć wspomnienia z ogarniętej rewolucyjną pożogą Rosji. Nie tylko. Przetrwało kilka zdjęć, które spłonęły podczas II wojny i kilka srebrnych monet, które prababcia ukryła w popiele. Ale najważniejsze były wspomnienia. Bajkowe opowieści z Petersburga o wujkach, ciociach, księżnych, carze, którymi babcia ubarwiała moje dzieciństwo. Stąd moja wizyta w Petersburgu. Też czegoś szukałam...

Nie przekazano Darii wielu informacji na temat rodziny. Babcia niewiele mówiła, bo jej niemiecki akcent w każdej chwili mógł ściągnąć na rodzinę poważne kłopoty. Tak, była Niemką nadbużańską. Z całkiem zamożnej chyba rodziny. Bo wszyscy byli wykształceni. Wszyscy to znaczy jej ojciec i matka. O reszcie słuch zaginął. Nikt o nich nie mówił, nikt o nich nie słyszał. Nikt nawet nie potrafi wymienić, do jakich szkół chodzili przed rewolucją. Aż pewnego słonecznego dnia, gdzieś w latach sześćdziesiątych zjawili się w Ufie i zaczęli nowe życie.

Elenie przekazano jeszcze mniej wiedzy o przodkach. Pierwsze wspomnienie? – To był chyba 24 rok... – zaczyna. – Gdzieś na Ukraińskiej lub Białoruskiej wsi. Skończył się NEP, rozpoczęło rozkułaczanie. Ktoś ostrzegł dziadków, że już po nich idą. Dziadkowie natychmiast rozpuścili bydło i w tym, co na sobie mieli, wsiedli do pociągu do Moskwy. Od tamtej pory nigdy nie zobaczyli swojej rodziny. Bali się nawet pytać, czy ktokolwiek przetrwał...

W zbiorowej pamięci Rosjan, czasy sprzed rewolucji stanowią wielką czarną dziurę. Tak jakby świat jeszcze wtedy nie istniał. Albo może inaczej – świat zaczął się formować dopiero w 1918 roku. A było to tak:

Pierwszego dnia wódz oddzielił złych od dobrych. O złych wkrótce wszelki słuch zaginął. I to było wspaniałe. Bo to z nich postanowił ulepić Homo Sovieticus. Drugiego dnia zbudował drogi po których ruszyły ciężarówki. I to też było wspaniałe. Trzeciego dnia spadł deszcz i zalał te drogi, więc Homo Sovieticus brodzi po kolanach w błocie, ale nie przestawał budować wspaniałych fabryk. I przetrwali. Piątego dnia powstały kołchozy i sowchozy.
Szóstego dnia wódz kazał zasadzić bawełnę. Dla mieszkańców centralnej Azji rozpoczął się okres bawełnianego terroru, ale i to przetrwali. Siódmego dnia wprowadził dziesięciodniowy tydzień pracy. I wtedy dopiero zrozumiał, że są na tym świecie rzeczy, których żadna władza nie będzie w stanie zmienić. Tak poznał swoje granice.
Ale nie zatrzymał impetu tworzenia. W sześciodniowym trybie pracy, nadal wydawał wyroki, tworzył plany, a Homo Sovieticusy szli za nim, bo nie znali innej drogi. Znali ją tylko „źli”, a o tych dawno już słuch zaginął.

Babcia Juli też była „zła”. Prawdopodobnie była koleżanką mojej babci. Między nimi był tylko rok różnicy i obydwie należały do polskiej parafii przy kościele świętej Katarzyny w Petersburgu. Między mną a Julią różnica wynosi ponad 20 lat. Ale rozmawiamy tak, jakby nie było między nami róznicy wieku, narodowości, języka i tego, że spotkałyśmy się przez przypadek kilka minut wczesniej... Jej „zła” babcia przekazała Julii pamięć, tę samą, którą moja babcia wywiozła z Petersburga. Siedziałyśmy, śmiałyśmy się ze starych petersburskich historii. Pamięć wróciła i przestała zagrażać...







Share on Google Plus

About Dorota Chojnowska

Dorota Chojnowska - Dziennikarka, antropolog kultury i włóczykij. Odkąd zbudowała bambusowy rower, nie wyobraża sobie podróżowania "na piechotę".

1 komentarze :