Najpiekniejsze zachody słońca


To prawda, największa fotograficzna tandeta, obok olejnego jelenia na rykowisku, to zachody słońca. Ale co z tego?

I tak je fotografuję, by zapamiętać chwile, które na żywo wyglądają niewypowiedzianie pięknie...

Na wyspie Gili T. na Bali zachód słońca jest wielkim widowiskiem. Już od rana knujemy, o której i w jakim miejscu na plaży robimy zbiórkę.
- Kobieto, przecież mamy dużo czasu!
- Tak ci się tylko wydaje, nie ustalimy, nie przyjdziemy na czas i wszystkie miejsca będą zajęte!
Lena miała rację. W sumie logiczne - w końcu na Gili T. mieszkała od ponad miesiąca i jeszcze zamierzała przynajmniej drugie tyle pomieszkać.
- Chyba jesteś uzależniona od zachodów słońca!
- Żeby tylko... - wzdycha Rosjanka. - Uzależniłam się od plaży, od słońca, od ludzi. Nawet do krów się przyzwyczaiłam...
Lena rzeczywiście nie tęskniła do Rosji. W Indonezji czuła się jak w domu.
- Nawet język tak łatwo i szybko wszedł mi do głowy.
I skutecznie - dziewczyna pracuje jako tłumacz z bahasa na rosyjski i angielski. Ale odkąd się okopała na Gili T, nie spotkała żadnego Rosjanina. Cóż coś za coś. Takie zachody słońca warte są każdej ceny.
Ale dziś Lena ma jedno i drugie, bo zdarzyłam się jej ja - polka, która mówi po Rosyjsku. Dlatego nie opuszczała mnie do wieczora, a gdy tylko niebo zaczęło się rozpalać czerwienią zaciągnęła mnie na plażę. Tam na białym piasku powoli wyrastał wielki teatr. Ludzie sciągali tu z krzesłami, stolikami i kocami, by wygodnie oglądać spektakl kolorów na niebie, kiedy słońce majestatycznie chowa się za wulkanami Jawy. Tylko przez tych kilka chwil dziennie, stożkowe góry widoczne są na horyzoncie. I tylko przez tych kilka chwil milczałyśmy.
Campeche w Meksyku. Siedziałam w swoim pokoju i czytałam książkę. W pewnym momencie widzę, że karty zmieniły kolor. Już nie są białe, lecz różowe. Tak jakby ktoś nałożył mi na nos różowe okulary. Ale to niemożliwe. Meksykańskie duchy mogą co najwyżej postraszyć śmiechem nie z tej ziemi, albo obrzucić kamieniami, ale nie materializują takich przedmiotów. A może wpadłam w niekontrolowanie dobry nastrój? też odpada. Humor tego dnia miałam wisielczy. Właśnie dopadła mnie samotność, za samotnością przyszła nuda, a z tego wszystkiego narodziła się chandra. Skąd zatem wzięło się to różowe światło? Może jednak ktoś tu jest? Za plecami nikt nie stał. Wtedy wyjrzałam przez okno i... Cały świat był różowy. A jednak ktoś tu był! Słońce!

Był jeszcze wschód słońca - w Barcelonie. Wcale go nie planowaliśmy. Ale tak wyszło. Właśnie wyszliśmy z dyskoteki - do domu daleko, iść się nie chce, w głowie się kręci...
- Chodźmy na plażę! - rzucił Mauricio. - Przywitamy słońce.
Skupiliśmy się, wytężyliśmy wszystkie intelektualne siły, by namierzyć kierunek wody. Ale to była połowa sukcesu, bo trzeba tam było jeszcze dojść! Przedzieraliśmy się przez jakieś zarośla i inne przeszkody, by w końcu zalegnąć na piasku... Ale hola! Nie tak szybko. Na plaży był taki tłok, że trudno było znaleźć miejsce dla wesołej Polsko-Meksykańskiej gromadki.
Cóż, nie tylko my mieliśmy tak genialny pomysł. W tym miejscu, nie przesadzę gdy powiem, że były nas setki, jeśli nie tysiące! I tak, jak podobne do nas niedobitki imprezowe, osiedliśmy i usztywniliśmy szyje w kierunku na morze. Tak jak wszyscy wytężaliśmy wzrok i patrzymy, patrzymy. Z każdą chwilą robi się coraz widniej, no to patrzymy dalej, aż zrobiło się już zupełnie widno... W pewnej chwili, ktoś bardziej przytomny od nas odwrócił się za siebie.
- Patrzcie, słonce już wzeszło! Za naszymi plecami...
Wtedy uświadomiła sobie, że ze słoneczkiem nigdy nic nie wiadomo i zawsze może wywinąć jakiś numer!


Gili T.

Zachód słońca powinno się przepisywać na poprawę nastroju!





Campeche

Campeche
Jeszcze raz Gili. Czy ta linia na wulkanie to może być lawa?







Share on Google Plus

About Dorota Chojnowska

Dorota Chojnowska - Dziennikarka, antropolog kultury i włóczykij. Odkąd zbudowała bambusowy rower, nie wyobraża sobie podróżowania "na piechotę".