Indianki górą!




W Meksyku, kraju macho, kobietom nie jest łatwo. Jeszcze trudniej żyć Indiankom. No chyba że się zbiorą i zaczną działać...



 W Cuetzalanie wszystkie drogi idą ostro pod górę albo z góry. Na samym dole znajduje się rynek otoczony hotelami, klimatycznymi kawiarenkami, które należą do białych i metysów. To oni na zmianę sprawują rządy w pobliskim ratuszu. Ale tak naprawdę to Indianie stanowią większość mieszkańców. Ich język – nahuatl, którym mówili Aztekowie, słychać na straganach częściej niż hiszpański.


Indianie, mimo że stanowią 85 proc. okolicznych mieszkańców, do dziś egzystują na marginesie życia. Wszystko – władzę, biznes i pieniądze w swych rękach dzierżą biali i metysi. Wszystko - poza hotelem Taselotzin, w górze miasteczka.

Indiański kwiat

Z centrum do hotelu prowadzi asfaltowa jezdnia, która przemienia się w solidnie wybrukowaną drogę. Za chwilę spomiędzy bujnej zieleni wyłania się pomarańczowa ściana z napisem Taselotzin – co w nahuatl znaczy „Kwiat zrodzony z ziemi”. Tak Indianki - żony i córki robotników z plantacji kawy nazwały swój hotel.

W tradycyjnej indiańskiej rodzinie kobieta przede wszystkim zajmuje się domem, rodzi dzieci i z pokorą klepie biedę wraz ze swoim mężem i gromadą dzieci. Bo mąż pracując na plantacji u białych, nie jest w stanie zarobić na godziwe utrzymanie rodziny. Zatem kobiety w przerwie między gotowaniem obiadu, a karmieniem męża i potomstwa produkowały kolczyki, breloczki, haftowały koszule, wyplatały koszyki... – Chciałyśmy sprzedawać te nasze wyroby, ale nie mogłyśmy dotrzeć do klientów – tłumaczy Vera. – Biali właściciele dawali nam bardzo mało, a sprzedawali drogo – ciągnie Vera. – Jeździłyśmy więc na uniwersytet do Puebli, na jarmarki do okolicznych miast. Ale tam, jeśli udało się sprzedać choć kilka haftowanych obrusów, koszul, czy tkanych pasów, to już był sukces.

Siła kobiet

Postanowiły zatem połączyć siły. W maju 1985 roku dwieście cziczimeckich kobiet założyło Maseual Siuamej Mosenyolchicauanij (co w nahuatl znaczy: Indianki które razem pracują i wzajemnie się wspierają). Okazało się, że w tej formie skupienia są w stanie złożyć się na zakup sklepu. – Ale to ciągle było mało. – mówi Vera. – Pewnego dnia w 1995 roku, jedna z naszych członkiń w Radio Indigenista XECTZ, nadającym w językach indiańskich, usłyszała informację o specjalnych kredytach na rozpoczęcie biznesu.

Wtedy po raz pierwszy zaświtał im pomysł, żeby założyć hotel. Logika była prosta – przyjadą turyści, będą się kręcić po recepcji i choćby z nudów coś sobie kupią. Niestety, żeby otrzymać pożyczkę, trzeba było wnieść kapitał początkowy w wysokości 200 peso, czyli 50 zł na osobę. Zaledwie 45 kobiet miało do dyspozycji taką sumę.

Rekonkwista po aztecku

Prace ruszyły w 1996. Ledwie piśmienne kobiety najpierw musiały wydrzeć białym ziemię. Nie było łatwo. Naprzeciw stanął sam burmistrz Cuetzalanu. – Stwierdził, że jesteśmy szalone - wspomina Rufina, jedna z pomysłodawczyń hotelowego biznesu. – I przekonał właściciela upatrzonej przez nas ziemi, by sprzedał ją komuś innemu. W ten sposób prysło marzenie o biznesie. Na krótko. Kilka tygodni później nowy właściciel sam wyszedł do kobiet z propozycją odsprzedaży. Po czym, już po dobiciu transakcji… oskarżył je o kradzież i bezprawne zagarniecie gruntu. Na szczęście po stronie Indianek stanął prawnik Instituto Nacional Indigenista (Narodowego Instytutu do Spraw Indian). Za jego sprawą sąd musiał uznać, że to kobietom przysługuje prawo własności. Prawnikowi udało się też wywalczyć neutralność burmistrza. – Nie pomagał nam - Rufina tłumaczy pojęcie „neutralność” - ale i nie przeszkadzał. A to w kraju macho już bardzo wiele. Indianki realizując hotelowy projekt, wdarły się bowiem w domenę mężczyzn. Wojna była nieunikniona. Naprzeciwko siebie miały na prawdę potężnego wroga - głęboko zakorzenione machizmo.

Nierównouprawnienie

W Cuetzalanie świat należy do mężczyzn. Należą do nich urzędy, miejsca pracy czy bary. W tych lokalnych pijalniach piwa dopiero w ostatnich latach udostępniono kobietom mniejszą salkę. Wcześniej po prostu miały zakaz wstępu. Zresztą do dziś w dużej sali kobiety siedzieć nie mogą. Macho jest też właścicielem domu, bo to on zarabia pieniądze na utrzymanie. Sprawuje też niczym nieograniczoną władzę nad kobietą. – Nie wolno mi było samej wychodzić z domu. – opowiada Juana, kolejna współwłaścicielka hotelu Taselotzin, – Kiedy zaczęłam uczęszczać na cotygodniowe zebrania naszego stowarzyszenia, a później doglądać placu budowy, zarówno moja rodzina jak i sąsiedzi szeptali, że nie idę pracować, tylko szukać innego męża. To było bardzo źle widziane.

Nie ważne, że wielu mężów w tym samym czasie miało inne kobiety, z którymi płodzili dzieci. Bo pojęcie macho stanowi kwintesencję samca – zawsze gotowego do nowych podbojów i zaludniania ziemi swoimi potomkami. Zakłada się, że w Meksyku blisko 40-60 proc dzieci pochodzi ze związków pozamałżeńskich.

– Wiele ubogich rodzin nie posyła dziewczynek do szkoły – dodaje Juana – bo przecież są głupie i do niczego się nie nadają. Dlatego, kiedy czterdzieści pięć Indianek postanowiło rozpocząć szeroko zakrojone prace budowlane, nikt nie miał ochoty niczego im tłumaczyć. Każdy skrawek wiedzy budowlanej wyszarpywały siłą lub podstępem. Efekt: na recepcji każda wolna powierzchnia ścian oklejona jest plakatami mówiącymi o prawach kobiet i szkoleniach dotyczących przeciwdziałaniu przemocy w domu, kursach kroju, szycia czy gotowania. Indianki mocno wzięły się za edukowanie okolicznych kobiet. Od kilku lat prowadzą też specjalne szkolenia biznesowe, na które przyjeżdżają indianki z całego Meksyku.

Naturalna selekcja


Świetlica w której obecnie odbywają się spotkania stanęła w 1997 roku. To właśnie wtedy odbyło się zebranie wszystkich socias, czyli współwłaścicielek.

Vera: Nigdy nie zapomnę atmosfery, tamtego spotkania. Jeszcze nie było okien w ścianach. Siedziałyśmy na ziemi i razem wymyślałyśmy nazwę dla naszego hotelu. Nie pamiętam, która z nas powiedziała „taselotzin”, ale nie miałyśmy wątpliwości ze to jest to!

Kobiety musiały też wybrać kilka osób, do pracy w samym hotelu. Wbrew pozorom z tak licznego grona nie było łatwo wyłonić kilku pracownic. Podstawowym warunkiem była umiejętność płynnego mówienia po hiszpańsku. Do dzisiaj w Cuetzalanie przede wszystkim mówi się w nahuatl. Nawet młodzież, która przecież ma dostęp do radia i telewizji, często mówi tylko w tym języku.

– Kandydatka powinna też być śmiała, umieć rozmawiać z ludźmi – dodaje Juana. – I nie bać się telefonu!

Na koniec musiała posiadać tolerancyjnego męża, który pozwoliłby żonie podjąć pracę. W ten sposób na placu boju z czterdziestu pięciu zostało pięć kobiet. To one pracują w hotelu na pełen etat i dostają za to wynagrodzenie w pieniądzach.

– A pozostałe „socias”?

– Kilka spośród nas sprzedaje w sklepiku rękodzieło – odpowiada Juana – i z tego ma gotówkę. Poza tym, pod koniec każdego roku kobiety przygotowujemy dla każdej z socias rodzaj podarku. W zależności od potrzeb jest to jedzenie, albo materiały budowlane. Na razie kobiety nie płacimy im pieniędzy, bo wszystko idzie na spłatę kredytu. Ale już bardzo niewiele nam go zostało!

Tortillas, a sprawa męska


Socias zbierają się regularnie, przynajmniej raz w miesiącu. Głównym tematem pierwszych spotkań były sposoby na ujarzmienie mężowskiej męskiej dumy.

Vera: Najlepiej zadziałało hasło: „podgrzanie tortillas nie sprawi, że spadną ci spodnie”. W ten sposób kobiety przekonały swoich mężczyzn, by pod ich nieobecność zajęli się domem i nie zwracali uwagi na złośliwe komentarze macho z sąsiedztwa. Udało się. Teraz, jeśli do Taselotzin przyjeżdża duża grupa turystów, Vera może przez kilka dni nie wracać do domu. – Wystarczy, że dzwonię i mówię, że mam pracę.

Czy to popsuło jej stosunki z mężem? – Nie! – stanowczo zaprzecza. – Odkąd zaczęłam pracować stał się dla mnie najlepszym przyjacielem i kochankiem. Cały czas mnie wspiera. Mamy też o czym rozmawiać, kiedy wracam do domu. Po ślubie tak nie było. – Po prostu wychowałyśmy sobie mężów – dodaje Rufina. – Odkąd zauważyli, że nasza praca daje pieniądze, że dzięki niej stać nas na szkołę dla dzieci, nie brakuje nam jedzenia ani lekarstw, zaczęli nas szanować. Mój mąż pyta mnie o radę w ważnych sprawach. Kiedyś tak nie było.

Na naukę nigdy za późno


Jeśli chodzi o prowadzenie biznesu, kobiety nie radzą się mężów. Bo skąd prosty pracownik plantacji ma wiedzieć jak prowadzić hotel? – Wszystkiego musiałyśmy się nauczyć - wspomina Juana. – Chodziłyśmy na kursy gotowania, podawania do stołu, rachunkowości, obsługi komputera i poruszania się w internecie.

Ostatnio wielką pasją kobiet z Taselotzin stała się medycyna naturalna. Podczas szkoleń w Holandii nauczyły się warzyć mydła. Wytwarzają kremy, maści. Otworzyły też aztecką saunę – temazcal. Cennik wisi tuż nad okienkiem recepcji. Łaźnię parową, która ponoć otwiera duszę na żywioły i boskie siły, wzniósł im Geronimo – jedyny mężczyzna w hotelu, zatrudniony na stanowisku „złota rączka”. – Kilka miesięcy temu przyprowadziłem do temazcalu grupę turystów – wspomina. – Kobiety każdemu z nich kazały zapłacić normalną cenę – wspomina z niesmakiem. Ciągle nie może pogodzić się z myślą, że żądzą nim kobiety, które na dodatek świetnie nauczyły się liczyć. Pieniądze.

Dorota

Hotel Taselotzin

Calle Yoloxochitl S/N Barrio de Zacatipan

Tel: 01 233 33 1 04 80






Share on Google Plus

About Dorota Chojnowska

Dorota Chojnowska - Dziennikarka, antropolog kultury i włóczykij. Odkąd zbudowała bambusowy rower, nie wyobraża sobie podróżowania "na piechotę".

2 komentarze :

  1. Niesamowita historia,która pokazuje, że w grupie jest siła! Rewelacyjne kobiety, które dzięki samozaparciu pokonały tak wielkie przeciwności losu i zdziałały tak wiele. Ciężko sobie wyobrazić jak musi wyglądać życie prostej kobiety w świecie macho, kiedy to mąż nie jest partnerem, a "panem".
    Coś ostatnio Meksyk jest w mojej głowie :) Myślę o nim jako potencjalnym kierunku podróży. Chciałabym odwiedzić ten Hotel :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jak uż kuisz bilet odezwij się do mnie na priva to dam namiary:)

      Pozdrawiam!

      Usuń